Strona Główna | Szkolenia trenerskie | Sklep |  Kontakt    
 
 
Strona Główna
O nas
Sklep
Metoda
Warsztaty
Szkolenia trenerskie
Trenerzy
Do Pobrania
Księga Gości
Kontakt
Linki
Wyszukiwanie
Biuletyn



Twój koszyk

Twój koszyk jest pusty.


Logowanie (sklep)






Nie pamiętasz hasła?
Nie masz jeszcze konta? Rejestracja

Licznik wizyt

Księga Gości

Wpisz się


Anka    26 lipiec 2008 11:08 | Swiat
Wszystko swietne i pomocne jako jedna z wielu metod. A co dla tych, ktorzy nie maja pieniedzy, sa chorzy - zmieniaja swoje zycie i chca dalej niesc przeslanie bezinteresownie dla innych jako jedna z metod odblokowywania energii i zmiany zycia. Czy tez musza robic certyfikaty? Czy tez przekazywanie tej wiedzy dalej nie ma zadnych ograniczen ze strony jej odkrywcy?
Komentarz Ireneusza Rudnickiego Komentarz Ireneusza Rudnickiego:
Witaj Aniu. Ludzie rzadko słuchają nawet najlepszych rad, ale za to chętnie naśladują innych. Jeśli chcesz dzielić się tą metodą z innymi, bądź przykładem jej skuteczności. Nie potrzebujesz na to certyfikatu. W sumie na nic nie potrzebujesz certyfikatu.
Pozdrawiam,
Ireneusz

grzegorz    07 lipiec 2008 23:10 | gdansk
Dziekuję za super strone, narazie to wszystko.
pozdrawiam

Radek    28 maj 2008 20:05 |
Pytanie pierwsze

Czy wypełnienie arkusza, jest uruchomieniem procesu, którego efekty pojawią się później?

Komentarz. Analogia do otworzenia tamy  emocje niczym woda w zbiorniku, stopniowo z niego znikają, ale efekty w postaci innych relacji z ludźmi pojawiają się za tydzień, dwa. Tama została otwarta  proces uruchomiony, ale rozpraszanie się emocji musi swoje potrwać.
Tak było u mnie. Ktoś, kto czytał w książce Tippinga może być przekonany, że jak zrobi arkusz na złego szefa w robocie, już następnego dnia relacje wzajemne powinny ulec zmianie. Tippinga podawał tego typu przykłady zmian szybkich. Wydaje mi się ze częstsze jest  jak to nazwałem  otwarcie tamy i procesu stopniowego uwalniania się emocji. Dopiero wtedy coś się zmienia na zewnątrz.. W moim przypadku proces uwalniania emocji był bardzo odczuwalny w ciele.

Pytanie drugie.

Nasz kat .Która reakcja po wypełnieniu arkusza jest częstsza?
Polepszenie relacji, czy odejście kata gdzie indziej celem znalezienia innej ofiary?

Komentarz. Praktyka pokazała że gdy znika u nas syndrom ofiary , nie oznacza że osoba o mentalności kata musi za sprawą naszych arkuszy ulec metamorfozie Jak czytałem Tippinga wydawało mi się oczywiste, że zmieni się druga persona i reakcje będą Ok. Tymczasem częste okazywało się zniknięcie drugiego kogoś z mojego życia. Od czasu praktykowania RW, a robię to od paru lat wiele relacji straciło rację bytu.

Zbyszek    27 maj 2008 20:49 |
Radku a jakie stawiasz pytanie?

Radek    23 maj 2008 14:30 |
Znalazłem w majowym numerze ,,Charakterow na str.76 artykuł potwierdzający tezę Colina o związkach między emocjami a chorobą nowotworową

Brytyjscy naukowcy Thomas Morris i Steven Greer wskazali na istnienie osobowości nowotworowej", inaczej określanej jako osobowość typu C" czy wzór zachowania C" (w skrócie WZC). Osoba z WZC nie jest zdolna do zachowań agresywnych, charakteryzuje się natomiast cierpliwością, kooperatywnoscią, brakiem asertywnosci, ukrywaniem negatywnych emocji (zwłaszcza gniewu) i uległością wobec zewnętrznych autorytetów. Doktor Lawrence Le Shan, amerykański psycholog, pionier psychoterapii holistycznej, mówi o typie osobowości podobnym do WZC. Jej cechy to ukrywanie się za fasadą łagodnej dobroci, niezdolność do gniewu, brak swobody w kontaktach, niska satysfakcja z życia seksualnego, mała aktywność społeczna, zależność od otoczenia, głębokie poczucie winy, poczucie opuszczenia i samotności, powierzchowność i niestałość związków. Le Shan twierdzi, że przyczyną powstania takiej osobowości jest odrzucenie przez rodzica (strata), która powoduje poczucie krzywdy, opuszczenia, samotność, a później lęk i przekonanie, że bliskie relacje z innymi przynoszą ból i rozczarowanie. Z kolei Tina Morris, Gerrit Jansen, Christophe Meune, Brunhilde Blomke jako cechy charakterystyczne osobowości nowotworowej podają wypieranie lęku i gniewu oraz małą ekspresję emocjonalną. George Kissen i Robert Bahnson piszą o specyficznym stylu reagowania emocjonalnego na stres - wyparciu i zaprzeczaniu trudnym negatywnym odczuciom. Natomiast Hans Eysenck - nieżyjący już brytyjski badacz i teoretyk osobowości - WZC wiąże ze współistnieniem neurotyzmu i introwersji. Według niego napięcie, lęk i smutek powodują u tych osób chroniczne napięcie emocjonalne, którego ekspresja jest blokowana. Na WZC składa się też racjonalne i anty-emocjonalne zachowanie, unikanie konfliktów, nadmierne społeczne dostosowanie (tzw. hyperadaptacja społeczna), rezygnacja ze swoich potrzeb na rzecz innych.

Kiedy go przeczytałem doszedłem do wniosku, że wiele opisywanych w artykule blokad i stanow emocjonalnych hodowałem przez całe życie sobie przez tłumienie emocji i brak uczciwości w przyznawaniu że się je ma. Nazwałbym to syndromem ,,bycia dobrym nadmiernym kosztem siebie. Zablokowane emocje potrafiły się uwalniać z siła wulkanu, co było procesem bolesnym, ale i tak per saldo dla mnie lepszym niż hodowanie w sobie zalążków choroby.


Mam pytanie. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z RW wydawało mi się że wykonanie arkusza jest spowoduje szybką zmianę z dnia na dzień. Parę razy byłem wręcz rozczarowany brakiem zmian. Obecnie bardziej jestem przekonany, że wypełnienie arkusza, to jak stopniowe podnoszenie tamy w zaporze, uruchamia proces ,,wylewania emocji ale zmiany następują później, kilka a nawet kilkanaście dni później. Trudno mi powiedzieć, czy jest to mój subiektywny proces, czy też pewna norma. Jest faktem, że od dwóch lat odczuwam wręcz fizycznie, w okolicach serca, jakby coś zablokowananego zaczęło się uwalniać. Jest to proces ciągły odczuwalny przez cały cały czas, dzień po dniu . Efektu finalnego nie znam, ale wierzę, że będzie dobry.

Małgorzata    22 maj 2008 19:01 |
Witam, właśnie jestem w trakcie czytania książki.Teoria trudna do przyjcia dla osoby będącej ofiarą. Podświadomie czuję jednak, że to ma jakiś głębszy cel. Przeczytam i zobaczę co będzie dalej - Małgosia

E.    06 maj 2008 21:39 |
Chciałabym podzielić się moimi przeżyciami z seminarium Ireneusza w czasie długiego weekendu majowego. Piszę pamiętnik i oto jego fragmenty tak jak to notowałam +/- na bieżąco (sporo tekstu, przyznaję):


Niedziela, 4 maja 2008

Warsztaty. Skończyły się właśnie. Góry Sowie, zero zasięgu, zresztą nie było czasu na pisanie. Teraz siedzę nad stawami, wokół lasy i łąki, słońce świeci, jeszcze nie wyjeżdżamy, więc ile się uda to teraz opiszę. Choć wszystkiego się nie da, to trzeba przeżyć. Ja przeżyłam śmierć i odnowienie, oczyszczenie i uzdrowienie, pożegnanie starego i narodzenie się nowego.

Grupa była fantastyczna, nikogo nie znałam, ale okazali się cudownymi ludźmi, czułam się bosko. Na początku każdy z nas wylosował anioła stróża, któremu opowiadaliśmy swoje historie z punktu widzenia ofiary, wyżalaliśmy wszystkie troski i sprawy, które w naszych życiach chcemy naprawić i skończyć, opowiadaliśmy, a anioł słuchał i był naszym własnym odbiciem. Energetycznie każdy z nas trafił na taką drugą osobę, której przeżycia w jakiś sposób pokrywały się z naszymi i dawały nam wgląd także w swoje własne życie. Ich komentarze, emocje i przeżycia były tymi samymi które i my chcieliśmy uleczyć. A zatem i opowiadanie i słuchanie miało być nauką i wybaczaniem jednocześnie, naszym własnym odbiciem.

Drugiego dnia poszliśmy w parach na Wielką Sowę. Oddech był w tej wspinaczce szczególnie ważny, mieliśmy ją wykorzystać jako jedną z technik oddechowych. Głębokie oczyszczanie, inhalacja, powietrze w płucach miało dodatkowo nas wspomóc w kontynuacji leczenia skutków naszych dotychczasowych przeżyć. Pary były już inne, ale znów los sprawił, że w drugiej osobie odnajdowaliśmy część siebie. Pracowaliśmy w ramach 4 kroków radykalnego wybaczania: każdą historię mieliśmy opowiedzieć z perspektywy 4 kroków i poczuć, że sami ją do siebie przyciągnęliśmy, sami stworzyliśmy naszą sytuację i sami wykreowaliśmy taką a nie inną naszą rzeczywistość. I mieliśmy prawo czuć się w niej tak źle jak się czuliśmy, mieliśmy prawo mieć wszystkie te emocje, które ona nam przyniosła, a teraz mamy je akceptować takimi jakie są, nie osądzać ich, bo mieliśmy je poczuć, bo nasza ścieżka je zakładała, bo były one częścią boskiego planu wobec nas. I choćbyśmy nie wiedzieli dlaczego i jak dana sytuacja miała nas dotknąć, to uznajemy, że była ona doskonałością. Nasze dusze chciały, żeby dana rzecz się stała, bo była nam ona potrzebna na naszej drodze rozwoju. A zatem, skoro sami sobie zaplanowaliśmy, że coś się wydarzy, to nie mamy po co się wkurzać na drugie osoby, które przyciągnęliśmy, żeby to coś przeżyć. Te osoby były tylko posłańcami naszej własnej woli, niejako aktorami odgrywającymi dla nas to co dane nam było poczuć. Więc nie mamy być na nich wściekli, zdenerwowani itd., tylko mamy podziękować im za to, że wspólnie z nami wykonali uzdrawiający taniec. Jesteśmy istotami duchowymi przeżywającymi ludzki los, więc zamiast się martwić, smucić, czuć ból czy krzywdę wybieramy moc pokoju, bo wszystko przecież jest doskonałe i takie jakie miało być wobec nas. Cudowne uzdrawianie i wybaczanie.

Po południu pracowaliśmy z gniewem i agresją. Wspaniała metoda, którą można stosować w domu, w samochodzie, na łące. Wykrzyczeć całą wściekłość jaką mamy, zniwelować ją techniką, która nas wyzwala. Poszliśmy na polanę w lesie, wzięliśmy trzepaczki do dywanów i każdy po kolei, najpierw z nieśmiałością wobec grupy, a później już coraz chętniej, siadał naprzeciw pozostałych i przeżywał to co go ostatnio najbardziej zraniło waląc tą trzepaczką w ziemię. Działy się mega wielkie rzeczy, krzyki, bluźnierstwa, szloch. Kiedy ja tam siadłam nie czułam nic, nie potrafiłam się wkurzyć& i nagle przyszło& siedem lat cierpienia i bólu, które pozostawił w moim życiu P., cała moja męka, brak miłości i szacunku ze strony facetów, niemożność stworzenia normalnego związku, poniżanie, upodlenie, uwiązanie, traktowanie mnie jak szmaty, jak lalki rzucanej w kąt, którą się bierze kiedy ma się ochotę pobawić, jak wiernego pieska, który czeka w domu i jest bezsilny, ubezwłasnowolniony, katowany, psychicznie osaczany, wykorzystywany i udręczony. Wrzeszczałam, płakałam, charczałam, plułam, klęłam, wyrzucałam z siebie całą tragedię ostatnich lat i prosiłam o miłość, szacunek, wolność i akceptację mnie takiej jaka jestem. Przeżyłam oczyszczenie, w głowie mi huczało, ogłuchłam, czasami nie wiedziałam, że się drę, nie wiedziałam co krzyczę, nie wiedziałam jakie słowa wypluwam. A później czułam się wolna i szczęśliwa, byłam tak cudownie lekka i oczyszczona, że nie jestem w stanie tego opisać.

Ale to nie koniec tego dnia. Wieczorem odbyła się& ceremonia ognia i chodzenie po rozżarzonych węglach!!!!!! Chyba każdy się bał, jedni mniej, inni bardziej. Prowadził to uczeń Ediego Pyrka, to jest niesamowite, że ja znam Ediego z jego czasów globetroterskich, ze spotkań trampingowców i teraz po latach wrócił w moje życie poprzez duchowe przeżycia od nowego nauczyciela. Najpierw ogień i cisza. Ceremonia ziół i oczyszczania. Ogień stał się fioletowy!!! Jam jest fioletowym ogniem, który płonie, jam jest miłością jakiej pragnie Bóg& Moja modlitwa. Później, kiedy węgle były już odpowiednio gorące, chodziliśmy wokół ogniska, żeby je pobłogosławić i prosić o odwagę do przejścia po żarze. Dostaliśmy tamburyna, piszczałki, grzechotki i byliśmy jak grupa Indian, która chwali żywioł ognia, rytmicznym krokiem przy dźwiękach bębna obchodząc go wokół. A potem mistrz ceremonii usypał z węgli drogę, jakoś tak ponad trzy metry. Pokazał nam jak trzymać stopy i& poszedł. Za nim Ireneusz, nasz trener RW. A za nim& ja! Poleciałam pierwsza z całej grupy, wyrównałam oddech, nie patrzyłam w dół, przede mną był żar o temperaturze ponad 600 stopni& I ruszyłam!!!! Rany, co za euforia!!! Skakałam do góry kiedy przeszłam całość, darłam się z radości, wariowałam, to było tak niesamowite, że po prostu dodało mi skrzydeł, cały mój strach zniknął, a pojawiła się wspaniała lekkość i wiara, że wszystko można!!!! F-a-n-t-a-t-s-t-y-c-z-n-e! I przeszłam tę swoją drogę szczęścia jeszcze trzy razy później. Kocham siebie za to!

Następnego dnia od rana dwie techniki. Najpierw 7 kroków radykalnego wybaczania, trochę wstępu i praktyka. O rany, co się działo w trakcie. Wszystko z nas wyłaziło. W skrócie chodziło o to, że w myślach przed sobą sadzaliśmy osobę, która nas skrzywdziła. Ja wybrałam patyczaka. Ireneusz nas prowadził, mieliśmy zamknięte oczy i mieliśmy tej osobie mówić po kolei różne rzeczy, już sama dokładnie nie pamiętam co, ale rozryczałam się w trakcie, płakałam strasznie, aż się położyłam, wywalałam z siebie ból, krzywdę, poczucie odrzucenia i nieukochania. Wyciągnęłam z siebie to wewnętrzne dziecko, zranione i pełne cierpienia, przeżywałam swój strach, swój smutek, a później je zaakceptowałam i pozwoliłam sobie je poczuć, uznać i odrzucić. Nigdy więcej nie będzie w moim życiu braku szacunku i braku prawdziwej miłości; podziękowałam mu za to, że pozwolił mi to zrozumieć i dał mi to czego potrzebowałam, spełnił swoją rolę w uświadomieniu mi tego jak długo trzymałam w sobie cierpienie i jak długo nieświadomie szukałam ludzi, którzy będą mnie krzywdzić, bo taką siebie widziałam  jako tę której potrzebna jest krzywda i ból. Ale już więcej nie! Odrzucam to i teraz chcę tylko takich ludzi, którzy będą pokazywać mi jaka jestem cudowna i jak bardzo zasługuję na miłość. Potężne uczucia i potężne zrozumienie i ukochanie siebie samej. Znalazłam się potem na łące, wyglądałam jak czarny spalony słup drzewa. Zrzuciłam z siebie to ubranie, odrzuciłam je i weszłam do strumienia. W strumieniu woda obmyła moją duszę, a gdy wyszłam na brzeg czekali już na mnie Matka Ziemia i Ojciec Niebo, złoci, piękni, promieniejący. Dostałam nowe szaty, świecące pięknym blaskiem i byłam już nowa, odrodzona, czysta.

Po przerwie pracowaliśmy z samoakceptacją. Jak się okazało byłam królikiem doświadczalnym :). Na moim przykładzie grupa uczyła się techniki, którą później w parach mieliśmy stosować już sami. Ireneusz wziął mnie na środek. Nazwałam w sobie tę część, którą chcę zaakceptować i pożegnać. To była ta cierpiętnica, ta która ściągała na siebie ból i krzywdę. Jej przeciwieństwem byłam ja ta, która już nie chce cierpieć, która chce normalności, która nie potrzebuje już ludzi pokazujących jej błędne przekonania o potrzebie owego bólu i krzywdy. Zamknęłam oczy i rozmawiałam sama ze sobą, na głos. I znów najpierw nie czułam nic, nie wiedziałam jak zacząć, a później nagle spłynęło na mnie to wszystko czego już nie chcę w życiu. Nie chcę mężczyzn, którzy mnie będą poniżać, odrzucać, zostawiać, którzy nie będą mieć dla mnie szacunku i nie będą mi okazywać miłości, którzy będą podtrzymywać we mnie tę niechcianą przecież świadomość, że nie zasługuję na prawdziwe partnerstwo i że jestem do dupy, że mnie należy gnoić i poniżać. Zmieniałam pozycję i przekonywałam cierpiętnicę we mnie, że nie chce już cierpieć, a z kolei cierpiętnica przekonywała tę mnie drugą, że to cierpienie jest jej potrzebne, że go chce i nie może się od niego uwolnić. To był taki dialog, że z tymi zamkniętymi oczami siadałam raz w jednym raz w drugim miejscu, tak jakby naprzeciw samej siebie i mówiłam, i płakałam, i klęłam. Wyłam a grupa ze mną, słyszałam, że inni ludzie też płaczą, też się przy okazji oczyszczają - bo to jest energia wszechobecna i dająca nam wszystkim uzdrowienie. Aż w końcu pokochałam tę cierpiętnicę w sobie, zrozumiałam, że ona była moim nieuświadomionym błędnym przekonaniem, że muszę cierpieć, ale też że od teraz mogę to zmienić! Głaskałam ją, tuliłam, tę moją maleńką biedną istotkę, tego głupola, który uważał, że nie jest wystarczająco dobry by zasłużyć na miłość i szacunek innych, tego maluszka, którego miałam w sobie. Objęłam się ramionami, ukołysałam i ukoiłam. Piękne&

A po południu i wieczorem wydarzyła najbardziej magiczna rzecz. Kolejna ceremonia - sweat lodge. Nasz drugi nauczyciel, ten od rozżarzonych węgli, sweat lodge nauczył się także od Ediego, a ja znam ją ze Stanów. Jest to ceremonia Indian, można pewnie o niej w necie poczytać, więc nie będę się rozpisywać. Ważne są przeżycia. Najpierw poszliśmy do lasu. Każdy z nas miał pobyć sam ze sobą na łonie natury i nazwać wszystkie te rzeczy, które mu przeszkadzają i z którymi chce się pożegnać. Następnie miał na każdą z tych rzeczy zrobić intencję. Fizyczną intencję. Dostaliśmy wiązadełka z mieszaniną ziół i tytoniu owinięte w materiał przewiązany nitką. Z tego materiału i ziół mieliśmy uwiązywać takie laleczki: sypać zioła na środek kawałka materiału i związywać je nitką w jeden naszyjnik. Każde wiązadełko to była jedna intencja (mam je teraz na szyi). U mnie wyglądało to tak:
" pożegnanie z agresją, byciem okrutną i podłą, byciem drwiącą, ironiczną i kpiącą,
" pożegnanie z cierpieniem, nieukochaniem, brakiem miłości i szacunku, odrzuceniem,
" pożegnanie z kontrolerem we mnie, z pedantką, z mamuśką, z dyrygentem, z przesadnie sprawiedliwą osobą, która chce od innych by zachowywali się tak jak ona sobie życzy,
" pożegnanie z detektywem, śledzącym i podejrzliwym moim drugim ja, nagabującym, osaczającym, każącym ze sobą gadać, upierdliwym, wydzwaniającym i męczącym,
" pożegnanie z porzuceniem przez mamę, gdy wyjechała za granicę jak byłam mała, z poczuciem pozostawienia, opuszczania i nieświadomym żalem jaki do niej mam, za to że musiałam zbyt szybko dojrzeć, nie miałam takiego dzieciństwa jak powinnam, bo przejęłam za wcześnie rolę kobiety w domu,
" pożegnanie ze wstydem i strachem, który czułam przy tacie, z nerwami i niepewnością jaki mi serwował oraz z brakiem czułości z jego strony i nieumiejętnością dogadania się z nim,
" pożegnanie ze wszystkimi facetami, których nieświadomie przyciągałam po to, by pokazywali mi, że nie zasługuję na prawdziwą miłość i szacunek, tylko na kopanie w dupę,
" intencja w imieniu siebie samej, żebym była piękna, kochana, z mężczyzną przy boku, który będzie mnie kochać, dawać poczucie bezpieczeństwa i troski, który będzie moim partnerem, da mi szczęście, radość i prawdziwą zdrową we wszystkich aspektach rodzinę.

Jak już to zrobiłam, to miałam, tak jak pozostali, wyciąć z lasu kawałek długiego na 3-4 metry smukłego kija. W tym celu każdy z nas miał prosić drzewo, czy zechce nam oddać kawałek siebie do ceremonii. Kładłam rękę na takim drzewie, jeśli czułam, że to nie to, to szłam dalej. Aż w końcu trafiłam na takie, które się zgodziło. Miałam siekierkę, odrąbałam tę dłuuuuugą gałąź, a w zamian pozostawioną końcówkę drzewa obwiązałam resztą czerwonej nitki, która mi została i oddałam mu trochę ziół. W ten sposób równowaga pozostała nienaruszona  coś wzięłam i coś dałam. I z tych kijów budowaliśmy później nasz sweat lodge. Paliło się ognisko, grały bębny. Sweat lodge ma kształt półkuli, to jest jakby część kuli wystająca ponad ziemią, a druga jej część jest w ziemi. W środku kopie się okrągły dół, który jest jądrem, tam później lądują rozpalone w ognisku wielkie kamienie. Z naszych długich kijów zbudowaliśmy konstrukcję, na którą zostały narzucone grube płachty folii, a z ziemi wykopanej ze środka usypany został ołtarz pomiędzy sweat lodge a ogniskiem  można na nim było złożyć swoje intencje lub wziąć je ze sobą na szyi. Każda z rzeczy, którą robiliśmy ma swoje znaczenie, swój symbol i bierze się z indiańskich wierzeń w żywioły, w Matkę Ziemię i Ojca Niebo i w uzdrawianie duszy (tego nie będę opisywać, myślę, że mądrzejsi ode mnie już to zrobili).

Rozebraliśmy się. Do sweat lodge wchodzi się albo nago, albo w minimalnych ubraniach, myśmy mieli na sobie np. stroje kąpielowe. W środku jest sauna, a tam sauna!, sauna to pikuś w stosunku do tego jaki upał tam panuje i co tam się dzieje!!!! Są cztery ścieżki, cztery drogi, czy też cztery sesje  jak kto woli. W pierwszej prosimy o to co chcemy najbardziej w życiu i co jest nam potrzebne do spełnienia naszych celów. W drugiej prosimy o to co chcemy dla naszych najbliższych, modlimy się w ich intencji. W trzeciej umieramy, odrzucamy wszystko co nas krępuje, boli i czego już nie chcemy. W czwartej rodzimy się na nowo, oczyszczeni, uzdrowieni i wolni&

(Jestem już w domu, zmęczona, dokończę jutro)


Poniedziałek, 5 maja 2008

Wrzuciłam sweat lodge do wyszukiwarki i wyszła masakra. Przeraziłam się. Gabinety kosmetyczne, salony spa czy studia fitness nazywają tak kolejną kurację na odchudzanie i zrzucanie zbędnych kilogramów!!! Boże, świat staje na głowie! Wspaniałe, magiczne, energetyczne, tajemne rytuały Indian są teraz profanowane i komercjalizowane, spłycane do potrzeb materialnych, traktowane bez należytego szacunku i czci! Jestem zbulwersowana i zasmucona& Znalazłam dea linki, które tłumaczą o co chodzi naprawdę: http://en.wikipedia.org/wiki/Sweat_lodge i http://www.crystalinks.com/sweatlodge.html Myślę, że niedługo opis tego będzie też na stronie http://www.szamanizm.cba.pl/, prowadzi ją nasz mistrz ceremonii.

Aż mi się odechciało opisywać co w środku sweat lodge przeżyłam. Nie będę! - niech więc to pozostanie moim czarodziejskim doznaniem, moim przepięknym odnowieniem i odrodzeniem, moim mistycznym przeobrażeniem. Umarłam i powstałam na nowo, myślałam że nie wytrzymam, że stracę oddech, że zemdleję, nie miałam sił, gotowałam się, miałam wizje. Wokół plątały się energie, śpiewy, modlitwy, krzyki, bębny, głośne oddechy, płacz i śmiech, w każdym z nas narastały emocje, uciekały te wypędzane i przychodziły te zapraszane. Oświecenie, reinkarnacja, odrodzenie. A wszechświat otoczył nas milionem przecudnych gwiazd, pokazywał swoją boskość i nieskończoną doskonałość, kiedy parujący i skonani wyczołgiwaliśmy się na trawę i chłonęliśmy chłód Matki Ziemi&

Euforia później. I kąpiel. Trawa i ziemia we włosach, w ustach i uszach, na całym ciele poprzyklejane liście i grudki błota, byliśmy umazani, brudni, mokrzy i szczęśliwi. Skończyliśmy sweat lodge koło 23, a balowaliśmy do 2 w nocy. Nie każdy wytrzymał wszystkie sesje. Na pierwszej i drugiej można było wyjść i wrócić, ale od trzeciej jak ktoś rezygnował i się poddawał, to już na amen. Potężny proces, mega sprawa!

A wczoraj rano ostatnie zajęcia: dostaliśmy kredki świecowe i mieliśmy namalować siebie, tak jak chcemy, jak się widzimy, jak się czujemy, symbolicznie lub normalnie. I po raz kolejny spadło na mnie olśnienie. Otóż kiedyś w liceum malowałam obrazy, a jednym z motywów, który zdarzało mi się powtarzać była taka ogromna kula, czerwona w środku, promieniejąca coraz jaśniej im dalej od jądra poprzez róż, pomarańcz i żółć. Gdy tylko Ireneusz powiedział co mamy malować, to od razu wiedziałam! Wprawdzie farb nie było i obawiałam się, że kolory się ze sobą nie stopią, nie przenikną, ale nie, pięknie mi wyszło. Smarowałam te swoje okręgi zataczając coraz większe koła różnymi kolorami od czerwieni po żółty z taka pasją, natchnieniem i zapamiętaniem jakbym czuła, że to ja, właśnie ja, naradzająca się na nowo, zmieniona, oczyszczona. Ja i wszechświat to jedno, promienieję, rozrastam się, pęcznieję kolorami, świecę blaskiem i złotem. Ślicznie&

I spokój. I jasność. I nowa ja :)


Wtorek, 6 maja 2008

Od wczoraj dostrzegam we mnie sporą zmianę, proces pracy nad sobą przyspieszył poprzez warsztaty, a widać to choćby na zewnątrz  wyciągnęłam szpilki i spódniczki (a nie że ciągle tylko glany i glany), czym podkreślam swoją kobiecość i seksualność i czuję się z tym cudownie! Jestem radosna, pogodzona ze sobą i światem, naładowana pozytywną energią, śmieję się, jestem wyluzowana, bez problemów. W pracy nie mam w ogóle żadnych stresów, wyciszenie takie jakby klienci uznali, że nie będą mi głowy zawracać. Spędzam czas z przyjaciółmi, mam go też dużo dla siebie, wokół spokój i nawet miejsca parkingowe jakby tylko na mnie czekały! :) Stało się! Hawk!

gala    02 kwiecie 2008 00:07 |
Jestem typem niewiernego Tomasza. Przed wyjazdem na warsztaty w Górach Sowich, osiągnęłam prawdziwe dno pełne agresji, nienawiści, ogromnego niedowartościowania, poczucia winy i poczucia, że nie jestem warta miłości.
Pojechałam jednak do Pieszyc. Wyjątkowość tego kameralnego miejsca, atmosfera akceptacji, osobowość Ireneusza, jego wiarygodność, Sweat Lodge prowadzona przez Ryszarda, człowieka o wyjątkowo pozytywnej energii, stały się dla mnie wyznacznikami celowości tego doświadczenia. Spotkałam tam przyjaciół wśród uczestników i trenera.
Do domu wróciłam odmieniona, zaopatrzona w lekkość, radość, pogodę ducha, miłość. Poczułam wreszcie w sobie coś, co wcześniej sama zamknęłam przed sobą. Tylko i aż tyle.

Iza    10 luty 2008 23:23 |
Dostałam tę książkę w prezencie.Dojrzewałam do jej przeczytania dwa lata.I w końcu ją przeczytałam jednym tchem bo była to odpowiednia pora.Jestem teraz zupełnie innym człowiekiem ale przecież nie tylko człowiekiem :)pozdrawiam autora i DZIĘKUJĘ

Kamila    18 stycze 2008 14:55 |
Witam serdeczni,
Niedawno kupilam ksiazke i wczoraj wypelnilam moj pierwszy arkusz. Zastanawialam sie jednak jak powinnam wypelnic pola w pytaniach takich jak np. 3,4,5. Bede wdzieczna za pomoc.
Komentarz Ireneusza Rudnickiego Komentarz Ireneusza Rudnickiego:
Witaj Kamilo!
Po prostu za pomocą krzyżyka zaznaczasz opcję, która odzwierciedla Twoją zgodę, lub jej brak na przeczytane właśnie stwierdzenie. Gotowość i otwartość brzmią bardzo podobnie (gotowość oznacza prawdopodobnie pełniejszą akceptację dla idei zawartej w zdaniu). Colin podkreśla znaczeniu fizycznej aktywności - w tym wypadku, pisania, w procesie transformacji. Przeczytaj uważnie rozdział 20, w którym dokładnie wyjaśniono jak wypełniamy arkusz. Nawet, jeśli nie wszystko rozumiesz, nie przejmuj się, arkusz i tak zadziała. Najważniejsza jest szczerość w odczuwaniu uczuć, chęć przemiany i otwartość na to, że we wszystkim co nas spotyka jest doskonałość, dar.
Pozdrawiam,

Ireneusz


207
(łączna liczba wpisów)
« 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 »
Książki, płyty i gra C.Tippinga oraz wiele innych tytułów 10% taniej !

GRA SATORI
 
SATORI
 
150,00 zł

Radykalne Samowybaczanie
 
Radykalne samowybaczanie
 
29,00 zł
26,10 zł

Radykalne Wybaczanie
 
Radykalne wybaczanie
 
29,00 zł
26,10 zł

13 kroków Radykalnego Wybaczania (CD)
 
13 kroków Radykalnego Wybaczania
 
25,00 zł
22,50 zł

Radykalna Manifestacja Marzeń
 
Radykalna Manifestacja Marzeń
 
27,00 zł
24,30 zł

wszystkie tytuły
 
(C) Rozwój Osobisty Metodą Tippinga 2004 - 2015 tel. (0) 509 909 543 | info@metoda-tippinga.pl